wtorek, 4 listopada 2014

Uwolniona


Skąpana w popołudniowym słońcu stałam na brzegu morza. Czekałam na niego, ale on znów się nie pojawił. To było w jego stylu. Ja byłam zawsze, on kiedy miał ochotę. Chciałam mu powiedzieć, że mam dość, że już nie chcę czekać. Ale wiedziałam, że wtedy odejdzie i już nigdy go nie zobaczę. Nie byłam na to gotowa. Wolałam oszukiwać samą siebie, byle by tylko był.
            Niespiesznie wracałam do domu. Ściskałam w dłoni telefon, z trudem powstrzymując się przed wybraniem jego numeru. Tyle razy obiecywałam sobie, ze nie zadzwonię pierwsza, może tym razem się uda. Aparat niemal parzył moje palce. Dlaczego ciągle musi tak być? Nie jestem Penelopą. Mój Odys nie wyruszył na wojnę i nie został skazany na tułaczkę. A jednak ciągle trafiał do innych portów. Ja czekałam, ale dość już tego, dzisiaj mu powiem, że to był ostatni raz. Już więcej nie będę wyczekiwać na choćby najmniejszy gest z jego strony.
            Podeszłam do drzwi. Była w nich kartka. Wyjęłam ją i przeczytałam trzy słowa:

TO KONIEC. WYBACZ.

            Nie mogłam wybaczyć. Musiałam zapomnieć. Krzyczała we mnie rozdzierająca pustka. Nie, nie tym razem. Nie pozwolę mu na to. Podarłam kartkę na drobne kawałki i rozrzuciłam na wietrze. Niech lecą. Weszłam do domu i spakowałam walizkę. I już nie czułam się opuszczona i skrzywdzona. Poczułam się wolna. Wreszcie wolna. Już nie miałam, na co czekać. Przyszła pora, żeby decydować o sobie. Od dziś każdy dzień będzie miał wyjątkowy smak. Nie będzie w nim tęsknoty i rozczarowania.

            W powietrzu uniósł się zapach pomarańczy i cichy szept proszę, nie odchodź...

            Zdecydowanie zatrzasnęłam drzwi. To przecież takie łatwe. Czy umiem jeszcze zrobić cos dla siebie? Czy tu na zewnątrz coś na mnie czeka? Czy jest coś poza nim? Z radością odpowiedziałam sobie, że tak!

            Zakopane. Decyzja była prosta, właściwie oczywista. Nigdy nie lubiłam morza. Urzekł mnie Gdańsk i tylko dlatego zdecydowałam się kiedyś zamieszkać na północy Polski. Jednak to zawsze góry były mi bliskie. Czułam, że tylko tam odnajduję siebie. Wiele razy spędzałam tam samotne weekendy, żeby pomyśleć lub żeby nie myśleć.
           
W Kościelisku niedaleko kościoła zawsze czekała na mnie pani Wanda. Twarda góralka, która radziła sobie nie tylko z trudami codziennego życia w górach, ale przede wszystkim dzielnie walczyła o swoją rodzinę. Mąż z dziada pradziada zakopiańczyk o znanym nazwisku, które gwarantowało mu szacunek niezależnie od tego, co robił. A nie miał się, czym chwalić. W towarzystwie brylował dowcipem, talentem muzycznym. Kobiety uwielbiały go za maniery, sposób bycia, przy nim każda czuła się wyjątkowa. Zapominał tylko, że ta jedyna i najbardziej wyjątkowa czeka na niego w domu. Tu zmieniał się w innego człowieka. Wielokrotnie byłam świadkiem awantur, które urządzał po powrocie z kolejnego spotkania towarzyskiego. Niezbyt trzeźwy, skory do podnoszenia ręki na żonę. Pani Wanda pokorna, ale też nieugięta. Nigdy nie pozwoliła, aby tak ręka zbliżyła się do niej lub do któregoś dziecka. Kończyło się zawsze na groźbach. Córka i syn wyprowadzili się z domu, kiedy tylko zdarzyła się ku temu okazja. Oboje wyjechali na studia, które oczywiście finansowała matka, bo to ona utrzymywała rodzinę. Jej mąż nie miał poczucia obowiązku wobec swoich bliskich. Niech baba pracuje, w końcu po coś ją wziął. I pracowała. Prowadziła dość duży pensjonat. Bardzo się starała, żeby goście byli w nim cały rok. Dzieci odizolowały się od toksycznego ojca, czasem dzwoniły do matki, ale właściwie zostawiły ja samą z jej problemami. Pewnie dlatego mnie traktowała jak córkę. Nigdy nie mieszkałam w pensjonacie, tylko w domu właścicielki. Mogłam się tam pojawić bez zapowiedzi na dwa dni lub na miesiąc. Czekało na mnie miejsce, w którym czułam się dobrze i bezpiecznie. Pani Wanda też odżywała na ten czas. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Czerpałam z mądrości tej prostej, doświadczonej przez życie kobiety.
                       
Tym razem również pojawiłam się bez zapowiedzi. Jak zawsze powitał mnie promienny uśmiech na zmęczonej twarzy właścicielki. Widziałam, że nie jest dobrze. Ona również od razu wiedziała, że coś się stało.
            Każda nasza rozmowa zawsze prowadziła do zamierzonego celu. Obie odzyskiwałyśmy spokój i czułyśmy, ze mamy na tym dziwnym świecie kogoś wyjątkowego.
Kolejnego dnia mogłam wstać o świcie z nowymi siłami i postanowieniem, że tu muszę go odnaleźć.
            Droga była zwykle ta sama: Doliną Kościeliską na Czerwone Wierchy. Trudno powiedzieć dlaczego, ale to zawsze była moja ulubiona trasa. Późne lato było tu najpiękniejsze. Powoli rudziejące i czerwieniące się drzewa w oddali. Przestrzeń i skały, groźne, majestatyczne, budzące szacunek. Najpiękniejsze. Za to właśnie kochałam Tatry miłością pierwszą. Choć mówią, że zatłoczone, zadeptane, dla mnie zawsze były wyjątkowe. Od pierwszego wejrzenia stały się najpiękniejszym miejscem na świecie. A tych miejsc widziałam dość dużo. Nie działały na mnie depresyjnie, przeciwnie, to właśnie wśród nich czułam się kimś ważnym, nie przytłaczały mnie swoja wielkością, raczej mówiły jesteśmy dla ciebie, ciesz się nami. Cieszyłam się zawsze, w towarzystwie i samotności. W tłumie na szlaku i w pustce mniej znanych miejsc.
            Tego dnia znów siedziałam na szczycie. Nie było tłumów. Czasem ktoś przechodził i witał się, choć coraz rzadziej turyści pozdrawiają się na szlaku. Kiedyś bywało inaczej. Podziwiałam widok, który urzekał mnie od lat. O każdej porze roku odkrywałam to miejsce na nowo. Wiedziałam, że muszę iść dalej, bo robi się późno, a droga do Kuźnic daleka, ale nie mogłam się oderwać. Znalazłam go. Wiedziałam, że właśnie tu będzie. Wystarczyło trochę wysiłku i zostałam nagrodzona. Był tu zawsze, tylko ja od niego odchodziłam wmawiając sobie, że gdzieś indziej jest moje miejsce, że to tam jestem potrzebna. A on cierpliwie czekał, był pewien, że wrócę, że za nim zatęsknię i będę umiała go odnaleźć. Nie umiałam wcześniej zaakceptować decyzji, która podjął za mnie los. Walczyłam niepokorna, chcąc mieć swoje zdanie, wybierając to, co uważam za najlepsze. Wreszcie przestałam. Na tym szczycie zrozumiałam, zdecydowałam, nabrałam pewności. To jest właśnie moje TU, TERAZ i ZAWSZE.
           

Zeszłam ze szczytu, mając go ciągle przy sobie. Wróciłam do domu. Tak właśnie, do domu, przecież cały czas tu był, a ja szukałam go w różnych zakamarkach świata. Ku uciesze mojej gospodyni, zamieszkaliśmy razem. Nie zajmował wiele miejsca, jednak wypełnił całe moje życie. Nie było ważne, czym się zajmuję, czy musze sprzątać, obsługiwać gości w pensjonacie, czy pisać do lokalnej gazety, z która nawiązałam współpracę. Po prostu ze mną był. Spokój.

CIASTO BANANOWE, CZYLI AMERYKAŃSKI BANANA BREAD

<script async src="https://pagead2.googlesyndication.com/pagead/js/adsbygoogle.js?client=ca-pub-3531774490397217"      crossori...