Skąpana w popołudniowym słońcu
stałam na brzegu morza. Czekałam na niego, ale on znów się nie pojawił. To było
w jego stylu. Ja byłam zawsze, on kiedy miał ochotę. Chciałam mu powiedzieć, że
mam dość, że już nie chcę czekać. Ale wiedziałam, że wtedy odejdzie i już nigdy
go nie zobaczę. Nie byłam na to gotowa. Wolałam oszukiwać samą siebie, byle by
tylko był.
Niespiesznie
wracałam do domu. Ściskałam w dłoni telefon, z trudem powstrzymując się przed
wybraniem jego numeru. Tyle razy obiecywałam sobie, ze nie zadzwonię pierwsza,
może tym razem się uda. Aparat niemal parzył moje palce. Dlaczego ciągle musi
tak być? Nie jestem Penelopą. Mój Odys nie wyruszył na wojnę i nie został
skazany na tułaczkę. A jednak ciągle trafiał do innych portów. Ja czekałam, ale
dość już tego, dzisiaj mu powiem, że to był ostatni raz. Już więcej nie będę
wyczekiwać na choćby najmniejszy gest z jego strony.
Podeszłam
do drzwi. Była w nich kartka. Wyjęłam ją i przeczytałam trzy słowa:
TO KONIEC. WYBACZ.
Nie mogłam
wybaczyć. Musiałam zapomnieć. Krzyczała we mnie rozdzierająca pustka. Nie, nie
tym razem. Nie pozwolę mu na to. Podarłam kartkę na drobne kawałki i
rozrzuciłam na wietrze. Niech lecą. Weszłam do domu i spakowałam walizkę. I już
nie czułam się opuszczona i skrzywdzona. Poczułam się wolna. Wreszcie wolna.
Już nie miałam, na co czekać. Przyszła pora, żeby decydować o sobie. Od dziś
każdy dzień będzie miał wyjątkowy smak. Nie będzie w nim tęsknoty i
rozczarowania.
W powietrzu
uniósł się zapach pomarańczy i cichy szept proszę, nie odchodź...
Zdecydowanie
zatrzasnęłam drzwi. To przecież takie łatwe. Czy umiem jeszcze zrobić cos dla
siebie? Czy tu na zewnątrz coś na mnie czeka? Czy jest coś poza nim? Z radością
odpowiedziałam sobie, że tak!
Zakopane.
Decyzja była prosta, właściwie oczywista. Nigdy nie lubiłam morza. Urzekł mnie
Gdańsk i tylko dlatego zdecydowałam się kiedyś zamieszkać na północy Polski.
Jednak to zawsze góry były mi bliskie. Czułam, że tylko tam odnajduję siebie.
Wiele razy spędzałam tam samotne weekendy, żeby pomyśleć lub żeby nie myśleć.
W Kościelisku niedaleko kościoła
zawsze czekała na mnie pani Wanda. Twarda góralka, która radziła sobie nie
tylko z trudami codziennego życia w górach, ale przede wszystkim dzielnie
walczyła o swoją rodzinę. Mąż z dziada pradziada zakopiańczyk o znanym
nazwisku, które gwarantowało mu szacunek niezależnie od tego, co robił. A nie
miał się, czym chwalić. W towarzystwie brylował dowcipem, talentem muzycznym.
Kobiety uwielbiały go za maniery, sposób bycia, przy nim każda czuła się
wyjątkowa. Zapominał tylko, że ta jedyna i najbardziej wyjątkowa czeka na niego
w domu. Tu zmieniał się w innego człowieka. Wielokrotnie byłam świadkiem
awantur, które urządzał po powrocie z kolejnego spotkania towarzyskiego.
Niezbyt trzeźwy, skory do podnoszenia ręki na żonę. Pani Wanda pokorna, ale też
nieugięta. Nigdy nie pozwoliła, aby tak ręka zbliżyła się do niej lub do
któregoś dziecka. Kończyło się zawsze na groźbach. Córka i syn wyprowadzili się
z domu, kiedy tylko zdarzyła się ku temu okazja. Oboje wyjechali na studia,
które oczywiście finansowała matka, bo to ona utrzymywała rodzinę. Jej mąż nie
miał poczucia obowiązku wobec swoich bliskich. Niech baba pracuje, w końcu po
coś ją wziął. I pracowała. Prowadziła dość duży pensjonat. Bardzo się starała,
żeby goście byli w nim cały rok. Dzieci odizolowały się od toksycznego ojca,
czasem dzwoniły do matki, ale właściwie zostawiły ja samą z jej problemami.
Pewnie dlatego mnie traktowała jak córkę. Nigdy nie mieszkałam w pensjonacie,
tylko w domu właścicielki. Mogłam się tam pojawić bez zapowiedzi na dwa dni lub
na miesiąc. Czekało na mnie miejsce, w którym czułam się dobrze i bezpiecznie.
Pani Wanda też odżywała na ten czas. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Czerpałam
z mądrości tej prostej, doświadczonej przez życie kobiety.
Tym razem również pojawiłam się bez zapowiedzi. Jak zawsze
powitał mnie promienny uśmiech na zmęczonej twarzy właścicielki. Widziałam, że
nie jest dobrze. Ona również od razu wiedziała, że coś się stało.
Każda nasza
rozmowa zawsze prowadziła do zamierzonego celu. Obie odzyskiwałyśmy spokój i
czułyśmy, ze mamy na tym dziwnym świecie kogoś wyjątkowego.
Kolejnego dnia mogłam wstać o świcie z nowymi siłami i
postanowieniem, że tu muszę go odnaleźć.
Droga była
zwykle ta sama: Doliną Kościeliską na Czerwone Wierchy. Trudno powiedzieć
dlaczego, ale to zawsze była moja ulubiona trasa. Późne lato było tu
najpiękniejsze. Powoli rudziejące i czerwieniące się drzewa w oddali.
Przestrzeń i skały, groźne, majestatyczne, budzące szacunek. Najpiękniejsze. Za
to właśnie kochałam Tatry miłością pierwszą. Choć mówią, że zatłoczone,
zadeptane, dla mnie zawsze były wyjątkowe. Od pierwszego wejrzenia stały się
najpiękniejszym miejscem na świecie. A tych miejsc widziałam dość dużo. Nie
działały na mnie depresyjnie, przeciwnie, to właśnie wśród nich czułam się kimś
ważnym, nie przytłaczały mnie swoja wielkością, raczej mówiły jesteśmy dla
ciebie, ciesz się nami. Cieszyłam się zawsze, w towarzystwie i samotności.
W tłumie na szlaku i w pustce mniej znanych miejsc.
Tego dnia
znów siedziałam na szczycie. Nie było tłumów. Czasem ktoś przechodził i witał
się, choć coraz rzadziej turyści pozdrawiają się na szlaku. Kiedyś bywało
inaczej. Podziwiałam widok, który urzekał mnie od lat. O każdej porze roku
odkrywałam to miejsce na nowo. Wiedziałam, że muszę iść dalej, bo robi się
późno, a droga do Kuźnic daleka, ale nie mogłam się oderwać. Znalazłam go.
Wiedziałam, że właśnie tu będzie. Wystarczyło trochę wysiłku i zostałam
nagrodzona. Był tu zawsze, tylko ja od niego odchodziłam wmawiając sobie, że
gdzieś indziej jest moje miejsce, że to tam jestem potrzebna. A on cierpliwie
czekał, był pewien, że wrócę, że za nim zatęsknię i będę umiała go odnaleźć.
Nie umiałam wcześniej zaakceptować decyzji, która podjął za mnie los. Walczyłam
niepokorna, chcąc mieć swoje zdanie, wybierając to, co uważam za najlepsze.
Wreszcie przestałam. Na tym szczycie zrozumiałam, zdecydowałam, nabrałam
pewności. To jest właśnie moje TU, TERAZ i ZAWSZE.
Zeszłam ze szczytu, mając go
ciągle przy sobie. Wróciłam do domu. Tak właśnie, do domu, przecież cały czas
tu był, a ja szukałam go w różnych zakamarkach świata. Ku uciesze mojej
gospodyni, zamieszkaliśmy razem. Nie zajmował wiele miejsca, jednak wypełnił
całe moje życie. Nie było ważne, czym się zajmuję, czy musze sprzątać,
obsługiwać gości w pensjonacie, czy pisać do lokalnej gazety, z która
nawiązałam współpracę. Po prostu ze mną był. Spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz